Online Read Free Novel
  • Home
  • Romance & Love
  • Fantasy
  • Science Fiction
  • Mystery & Detective
  • Thrillers & Crime
  • Actions & Adventure
  • History & Fiction
  • Horror
  • Western
  • Humor

    Someone new

    Page 3
    Prev Next


      – Napiwek. – Mama prawie wypluła z siebie to słowo. – Ten rodzaj „napiwków” możesz

      sobie darować, Michaello. Już rozmawialiśmy na ten temat, czy może zapomniałaś?

      – Nie, ale naprawdę chciałam… – Podniosłam torebkę, żeby znowu wyjąć z niej

      pieniądze.

      Ale mama już była przy Julianie. Jej pomalowane na czerwono usta wykrzywiał

      uśmieszek, jakim częstowała tylko adwokatów stojących po przeciwnej stronie.

      Czułam, że Julian spiął się cały, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił. Spoglądał na

      mamę obojętnym wzrokiem, a jej się to wyraźnie nie podobało.

      – A pan… jest pan zwolniony. Niech pan się wynosi.

      Wzięłam głęboki oddech.

      – Mamo! Nie możesz go tak po prostu zwolnić!

      – Mogę. I zrobię to – powiedziała krótko. – Cokolwiek tu robiliście, nie płacimy tym

      ludziom za to, żeby chowali się z tobą w szafie. Powinien być tam i nas obsługiwać.

      – To nie był jego pomysł. Ja…

      – Daj spokój, Micah – przerwał mi Julian. Z obojętną miną oddał mi notes i zrobił krok

      w tył.

      Serce mi się ścisnęło. Pomyślałam o Laurensie. Czy Julian będzie mógł go teraz

      utrzymać?

      Przeszedł koło mamy, kiedy ta nagle wyciągnęła rękę do przodu. Złapała go za ramię

      i nachyliła się ku niemu, pociągając nosem.

      – Pił pan alkohol?

      – Ja… Tak – przyznał Julian przygaszonym tonem. – Pół kieliszka.

      Mama z odrazą pokręciła głową, choć sama wypiła już ze cztery kieliszki szampana.

      – Zgłoszę to pańskiemu szefowi. Załatwię pana tak, że już nigdy nie dostanie pan w tym

      mieście pracy w kateringu.

      Julian zacisnął zęby i zwinął dłonie w pięści.

      Chciałam mu pomóc, ale znałam mamę. Była nieprzejednana, miała żelazną wolę

      i realizowała postanowienia, co sprawiało, że była znakomitą adwokatką. Wszystko, co

      powiedziałabym w obronie Juliana, obróciłoby się przeciwko niemu. Mogłam tylko milczeć

      i mieć nadzieję, że mama zajmie się pracą i zapomni na niego donieść.

      Julian odwrócił się i wyszedł z garderoby, nie patrząc na mnie. Nie mogłam mieć mu tego

      za złe. To ja wplątałam go w kłopoty, on nawet nie zdążył wziąć ode mnie obiecanych pieniędzy.

      Przypuszczalnie już teraz żałował swojej fałszywej skromności.

      Ze ściśniętym żołądkiem patrzyłam w milczeniu, jak idzie do kuchni po swoje rzeczy.

      Pewnie wyjdzie drzwiami dla służby i już więcej go nie zobaczę.

      – Idziesz ze mną! – powiedziała mama ostrym tonem. To nie było pytanie, to był rozkaz.

      Zapraszającym gestem otworzyła drzwi. I tak jak w ostatnich tygodniach ugryzłam się w język

      i posłuchałam jej. Dla Adriana.

      Odwiesiłam torebkę i ruszyłam z mamą w kierunku salonu. Szła tuż za mną, jakby chciała

      się upewnić, że nie pobiegnę za Julianem, i przez cały czas czułam na plecach jej pełen wyrzutu

      wzrok.

      Rozdział 2

      Dwa miesiące później

      Odeszłam krok do tyłu i spojrzałam na swoje dzieło: twierdza zbudowana z kartonów po

      przeprowadzce. Sięgała aż do sufitu mojego nowego mieszkania, a przez otwór z prawej strony

      można było wpełznąć do środka. Poświęciłam trzy godziny z życia, żeby to zbudować i byłam

      spocona od układania pudeł, ale było warto.

      Wytarłam czoło ręką, a potem wyciągnęłam telefon i pstryknęłam kilka zdjęć, żeby

      wysłać je Adrianowi. Moje wiadomości najwyraźniej docierały do niego, ale nie wiedziałam, czy

      je czyta, bo nigdy nie dostawałam odpowiedzi. Mimo to podtrzymywałam tę jednostronną

      korespondencję. Pisząc do brata, miałam poczucie, że jestem nadal częścią jego życia, choć nie

      widzieliśmy się od trzech miesięcy. Tęskniłam za nim i coraz bardziej się o niego martwiłam,

      choć zdaje się, że byłam w tym odosobniona. Rodzice zajmowali się codziennymi sprawami, tak

      jakby nigdy nie mieli syna. Inni też tak naprawdę się nim nie interesowali. Kilka tygodni temu

      próbowałam zamieścić ogłoszenie o zaginięciu, ale na próżno. Policja nie chciała się na to

      zgodzić. Adrian był zdrowym psychicznie, dorosłym mężczyzną. Spakował swoje rzeczy

      i odszedł z własnej woli, przynajmniej w jakimś stopniu. Według nich nie stało się nic, co

      mogłoby budzić obawy lub byłoby sprzeczne z prawem.

      Potrząsnęłam głową i odepchnęłam od siebie wspomnienie, które znowu mogłoby mnie

      wpędzić we wściekłość; uczucie, którego ostatnio często doświadczałam wobec rodziców. Tym

      bardziej więc uszczęśliwiła mnie ta wyprowadzka. Szukanie własnego lokum trwało dłużej, niż

      myślałam, ale od dziś oficjalnie byłam właścicielką mieszkania na Copper Avenue –

      sfinansowanego przez rodziców. Nigdy nie odkładałam pieniędzy. Nie było takiej potrzeby.

      Przed historią z Adrianem nigdy bym nie pomyślała, że pewnego dnia nie będę już chciała żyć za

      pieniądze mojej rodziny.

      Finansowa zależność miała jednak też dobrą stronę: ja i rodzice musieliśmy ze sobą

      rozmawiać. Choć nie miałam o nich najlepszego zdania, kochałam ich i miałam nadzieję, że

      pewnego dnia nasza rodzina znów będzie razem. Nie miałam pojęcia, czy to w ogóle jest

      możliwe, czy to tylko moje pobożne życzenie, ale musiałam przynajmniej spróbować. A to się

      uda tylko wtedy, gdy zostaniemy w kontakcie. Byłam łącznikiem między rodzicami a Adrianem

      – musiałam tylko go znaleźć.

      Rzuciłam ostatnie spojrzenie na zdjęcia, które wysłałam Adrianowi i już miałam zamiar

      schować telefon z powrotem do kieszeni, gdy zaczął dzwonić. Poczułam mieszankę strachu

      i nadziei. To przecież nie mógł być przypadek. Drżącą dłonią podniosłam telefon i spojrzałam na

      wyświetlacz. I w tym samym momencie zobaczyłam z żalem, że to nie Adrian dzwoni. Ale też

      nie miałam pewności, że to nie on.

      Nieznany numer.

      Szybko przejechałam kciukiem po ekranie, zanim osoba po drugiej stronie przerwie

      połączenie.

      – Halo?

      – Dzień dobry, czy rozmawiam z Micah Owens? – zapytał obcy niski głos.

      Opuściłam ramiona z poczuciem zawodu.

      – Tak, to ja.

      – Mówi Patrick Walsh, kierownik Rainpride Center. Rozmawialiśmy trzy tygodnie temu,

      kiedy przez moją instytucję szukałaś brata.

      – Tak, pamiętam.

      Jak mogłabym zapomnieć?

      Kiedy policja nie zgodziła się na przyjęcie zgłoszenia o zaginięciu, rozpoczęłam

      poszukiwania na własną rękę. Obleciałam wszystkie znane mi miejsca spotkań osób LGBTQ

      w mieście, od poradni po nocne kluby, i specjalnie dla tych ostatnich wyrobiłam sobie fałszywy

      dowód. Gdyby rodzice się o tym dowiedzieli, zabiliby mnie. Ale warto było zaryzykować.

      – Ma pan jakieś wieści? – zapytałam bez wielkich nadziei. Ton pana Walsha nie

      wskazywał na dobre wiadomości.

      Westchnął.

      – Niestety nie. Rozpytywałem wszędzie i powiadomiłem współpracowników o twoim

      bracie, ale nie zgłosił się do nas. – Pan Walsh zamilkł na chwilę. Jesteś pewna, że on nadal jest

      w mieście?

      Nie.

      – Tak – powiedziałam z uporem. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że Adrian zdobył

      skądś pieniądze i wyjechał z Mayfield.
    W takim wypadku szanse na odnalezienie go byłyby

      marne. A jeśli wyjechał nie tylko z Mayfield, ale i z Waszyngtonu? Albo w ogóle ze Stanów?

      Może pojechał do Kanady. Na samą myśl o tym zmiękły mi nogi. Wolną ręką oparłam się o moją

      nową fortecę.

      – Byłaś już na policji? – zapytał pan Walsh.

      Kiwnęłam głową, ale zaraz zorientowałam się, że on tego nie widzi.

      – Tak, byłam. Nie mogą mi pomóc.

      – Przykro mi. – W jego słowach słychać było prawdziwy żal. – Mam nadzieję, że

      znajdziesz brata. Ma szczęście, że jesteś jego siostrą.

      – Naprawdę? – Czasami nie byłam pewna, czy na pewno zawsze byłam dla niego taką

      siostrą, jaką powinnam być. Na pewno coś zrobiłam źle. Gdyby było inaczej, dlaczego uciekałby

      przede mną tak jak przed rodzicami? Ta myśl za każdym razem boleśnie mnie dotykała. –

      Dziękuję za pomoc, panie Walsh.

      – Nie ma o czym mówić. Gdy się czegoś dowiem, dam znać.

      – Dziękuję – powtórzyłam i zakończyłam rozmowę.

      Powoli opuściłam rękę z telefonem, miałam zesztywniałe z napięcia palce, i spojrzałam

      na tapetę na wyświetlaczu. Na zdjęciu był Adrian, rodzice i ja na pokładzie łodzi, wszyscy

      opatuleni w grube kurtki, podczas rejsu przez lodowy krajobraz Grenlandii. Wybrałam to zdjęcie

      ze względu ma niesamowite lodowce w tle, ale dziś przypomniało mi tylko o tym, co utraciłam,

      a co znowu chciałabym mieć.

      Wsunęłam telefon do kieszeni spodni i wyciągnęłam laptop z walizki, do której

      spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, tak, by mimo przeprowadzki mieć je w każdej chwili pod

      ręką. Oprócz Macbooka było tam kilka ubrań i kosmetyczka oraz tablet graficzny, pięć

      komiksów i dwa notesy mojej ulubionej marki. W jednym zostało tylko pięć wolnych kartek,

      drugi był jeszcze czysty. Nie mogłam się już doczekać, kiedy będę go zapełniać przemyśleniami

      i pomysłami na Albtraumlady.

      Z laptopem w ręce obeszłam twierdzę i usiadłam na jednym z kartonów tworzących

      wejście. Załadowałam stronę Rainpride Center i przywitało mnie zdjęcie uśmiechniętego pana

      Welsha. Zdaje się, że miało już kilka lat. Obok znajdował się krótki tekst, w którym opowiadał

      o swoich osobistych doświadczeniach i decyzji o założeniu Rainpride Center. Przeczytałam to

      i kliknęłam w zakładkę „Datki”. Przebiegłam wzrokiem informację o tym, na co przeznaczane są

      darowizny i przeszłam do tego, co mnie interesowało: Proszę wybrać sumę. Wpisałam

      czterocyfrową kwotę, kliknęłam przycisk „Dalej” i podałam numer i kod mojej karty kredytowej.

      Miałam ją, odkąd skończyłam dziesięć lat. Rodzice co miesiąc ją zasilali.

      – Państwo Owens, dziękujemy za datek – zaszczebiotałam. Skoro nie mają w sobie tyle

      przyzwoitości, by zająć się własnym synem, to niech przynajmniej ich pieniądze pomogą innym

      młodym ludziom, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.

      Otworzyłam Messengera i wysłałam wiadomość do mojej najlepszej przyjaciółki Lilly.

      Kolacja?

      Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

      Lilly: Nie mam czasu. Mam randkę na Skype z Tannerem.

      Ja: Jutro. B&B?

      Lilly: Chętnie.

      Ja: O 16.00?

      Lilly: O 17.00. Wcześniej mam jeszcze wspólną naukę.

      Ja: Świetnie. Cieszę się!

      Lilly: Ja też. Do jutra!

      Ja: Do jutra! Powodzenia!!!

      Lilly: Dzięki <3

      Uśmiechnęłam się, byłam dumna z mojej najlepszej przyjaciółki. Lilly była

      najodważniejszą, najambitniejszą i najukochańszą osobą, jaką znałam, i już nie mogłam się

      doczekać, by za kilka miesięcy zobaczyć ją w todze i razem z nią przeżywać zakończenie liceum;

      i, o ile ją znałam – prawdopodobnie otrzyma dyplom z wyróżnieniem.

      Nagle ktoś zapukał do drzwi. Ze zdziwieniem oderwałam wzrok od laptopa. To chyba

      jakiś sąsiad przyszedł się przedstawić. Tylko rodzice i Lilly znali ten adres.

      Zamknęłam laptop i odłożyłam go na bok, a potem podeszłam do drzwi. Szybko

      poprawiłam T-shirt z Wonder Woman, kupiony na ostatnim konwencie komiksowym,

      i przejechałam palcami po włosach. W mieszkaniu jeszcze nie było lustra, ale może to lepiej, bo

      mogłam sobie wyobrażać, że nie wyglądałam tak niechlujnie, jak się czułam. Otworzyłam drzwi,

      przygotowana na przyjazne sąsiedzkie „Dobry wieczór”, ale gdy zobaczyłam, kto przyszedł

      z wizytą, stanęłam jak wryta.

      Przed drzwiami stali młoda kobieta i mężczyzna. Nie mogli bardziej się od siebie różnić:

      ona była niska i drobna, miała rude włosy i skórę tak jasną, że miałam ochotę zaproponować jej

      trochę mojego kremu z filtrem. Chłopak natomiast był czarny, wyższy od niej o jakieś dwie

      głowy, miał szerokie ramiona i ciemne oczy, którymi z ciekawością mi się przyglądał. Ale to nie

      fizyczne różnice między nimi sprawiły, że zdębiałam, tylko to, co ich łączyło: oboje byli

      przebrani za elfy.

      Uśmiechali się do mnie, widocznie rozbawieni moim zdziwieniem.

      Powoli odzyskiwałam mowę.

      – Cześć, Tauriel, cześć... – Zamilkłam, bo nie mogłam sobie przypomnieć żadnej czarnej

      postaci z Władcy pierścieni. Czy w ogóle jakaś była? Minęło kilka lat, od kiedy ostatni raz

      oglądałam ten film. – ...nie-Tauriel – skończyłam zdanie i uśmiechnęłam się przepraszająco.

      – W porządku. To Tolkien coś sknocił, nie ty – powiedział chłopak i nerwowo dotknął

      spiczastych uszu. Miał na sobie kostium z brązowej skóry, przypominający wojskowy mundur,

      z licznymi sprzączkami i paskami, do których przytwierdził rozmaite rodzaje broni. Byłam

      pewna, że nie jest prawdziwa, chociaż tak wyglądała.

      – Jego pech. Wyglądasz świetnie. – Spojrzałam na jego towarzyszkę i natychmiast się

      poprawiłam. – Oboje wyglądacie fantastycznie.

      Dziewczyna miała na sobie sukienkę z zielonej bawełny, na przedramionach ciemne

      skórzane mankiety, a przy biodrze kołczan ze strzałami. Brakowało tylko łuku.

      – Dzięki, jesteś bardzo miła. – Zrobiła ukłon pasujący do jej średniowiecznego kostiumu.

      – Ty musisz być Michaella, przynajmniej tak jest napisane na dole przy domofonie.

      – Micah. Tylko rodzice mówią do mnie Michaella.

      – Okej, a więc Micah. Ja jestem Cassie, a to – wskazała na chłopaka – jest Auri.

      – Auri? – zapytałam, unosząc brew, choć byłam pewna, że się nie przesłyszałam. Miło

      brzmiące imię w ogóle nie pasowało do osoby, która stała przede mną. Chłopak był ogromny

      i sądząc po jego potężnych ramionach, na siłowni podnosił na dzień dobry ciężar równy mojej

      wadze.

      – Właściwie Maurice, ale Auri też może być.

      – Auri to piękne imię – rzuciła Cassie i spojrzała na chłopaka wielkimi zielonymi oczami.

      Stali tak blisko siebie, że Cassie prawie ciągle musiała zadzierać głowę. Na pewno przy tak dużej

      różnicy wzrostu całowanie się na stojąco nie było łatwe.

      Auri uśmiechnął się do niej z góry.

      – Musisz tak mówić, w końcu to ty je wymyśliłaś.

      – Patrick Rothfuss je wymyślił – powiedziała stanowczo i wyjaśniła mi: – Auri jest

      bohaterem Imienia wiatru, naszej ulubionej książki. Znasz ją?

      Potrząsnęłam głową.

    &nb
    sp; – Nie, niestety nie.

      – Mogę ci pożyczyć moje jubileuszowe wydanie z ilustracjami, jeśli obiecasz, że nie

      będziesz zaginała rogów. – Rzuciła Auriemu karcące spojrzenie.

      – Nigdy w życiu bym tego nie zrobiła – odpowiedziałam bezzwłocznie. Nie byłam

      wprawdzie zapaloną czytelniczką, zwłaszcza książek, ale bardzo dbałam o swoje komiksy

      i byłam bliska ataku serca, kiedy przez nieuwagę naddarłam kartkę w jednym z notesów albo

      szkicowników.

      – Sama tu mieszkasz? – zapytał Auri i wychylił się z ciekawością. Był na tyle wysoki, że

      swobodnie zajrzał do mieszkania ponad moją głową. Nie było tam za dużo do oglądania,

      pomijając moją twierdzę, pudła z meblami i owiniętą w folię sofę.

      – Tak – odpowiedziałam i zmieniłam temat, zanim zdążył zapytać, skąd wzięłam na to

      kasę. Pieniądze rodziców nigdy dotąd nie były dla mnie problemem, ale w tym momencie

      wstydziłam się ich, być może dlatego, że jakaś część mnie wiedziała, że nie powinnam brać od

      nich kart kredytowych i czeków, jednocześnie skrycie odczuwając wobec nich odrazę za to, co

     


    Prev Next
Online Read Free Novel Copyright 2016 - 2026