Online Read Free Novel
  • Home
  • Romance & Love
  • Fantasy
  • Science Fiction
  • Mystery & Detective
  • Thrillers & Crime
  • Actions & Adventure
  • History & Fiction
  • Horror
  • Western
  • Humor

    Someone new

    Page 2
    Prev Next


      musztardy i czegoś słodkiego, czego nie umiałam rozpoznać.

      Kelner mnie obserwował. Powoli i jednocześnie natarczywie przesuwał wzrok po moim

      ciele, tak jakby chciał zobaczyć nie tylko wymuskaną postać, ale i ukrywającą się pod spodem

      osobowość. Wielu mężczyzn przyglądało mi się tego wieczoru, ale od ich spojrzeń robiło mi się

      zimno. Teraz serce zaczęło mi bić szybciej.

      – Jak masz na imię? – zapytałam z pełnymi ustami. – W myślach przez cały czas

      nazywam cię kelnerem.

      – Ludzie już mnie gorzej nazywali.

      Powiedział to w lekki sposób, lecz jednocześnie w jego oczach zamigotało coś ciemnego,

      co nie pasowało do tonu głosu.

      Czekałam, żeby się przedstawił, ale zamilkł.

      – Powiedz – nalegałam.

      Nie wiedziałam, dlaczego tak mi zależy na poznaniu jego imienia, prawdopodobnie nigdy

      więcej już się nie spotkamy. W firmach kateringowych ludzie ciągle się zmieniali. Studenci

      przychodzili i odchodzili, jak im pasowało w danym semestrze. Nie byłam pewna, czy on jest

      jednym z nich. Był trochę starszy, wyglądał na dwadzieścia parę lat, ale może studiował jakąś

      trudną dziedzinę, na przykład medycynę, albo robił doktorat na jakimś innym kierunku.

      – Julian – powiedział w końcu i to było wszystko: Julian. Bez tytułu, bez drugiego

      imienia, bez nazwiska, które mogłoby jakoś go określić i dać mi do zrozumienia, ile pieniędzy

      mają jego rodzice.

      Uśmiechnęłam się i wskoczyłam na blat kredensu. Nogi wisiały mi w powietrzu.

      – Ja jestem Micah.

      – Wiem, kim jesteś. Michaella Rosalie Owens.

      – Zabrzmiało jakoś groźnie. Jakbyś był stalkerem.

      – Nie jestem żadnym stalkerem, tylko kelnerem z dobrym słuchem. Ludzie mówią

      o tobie.

      – Co mówią?

      – To i owo. Przede wszystkim zastanawiają się, dlaczego nie poszłaś na Yale.

      Podejrzewają, że jesteś w ciąży, tak jak kiedyś Lilly Sullivan. I że ojcem jest pewnie syn waszej

      gosposi, z którym niedawno miałaś romans.

      Julian pokręcił głową, jakbym go rozczarowała.

      Przewróciłam oczami i ugryzłam kanapkę, żałując, że razem z chlebem nie mogę połknąć

      własnych uczuć. Ludzie zachowują się, jakby świat miał się skończyć tylko dlatego, że

      zdecydowałam się na uczelnię, która nie należy do Ivy-League-College. Nie mogłam jednak

      z czystym sumieniem iść na Yale, nie wiedząc, co z Adrianem. Tak samo jak nie byłam w ciąży,

      on nie był w Europie – rodzice wyrzucili go z domu po tym, jak miesiąc temu nakryli go w łóżku

      z chłopakiem. Homoseksualizm nie pasował do konserwatywnego światopoglądu naszych

      rodziców i ich partnerów w biznesie. Żaden z nich nie odważył się nigdy otwarcie skrytykować

      orientacji seksualnej Adriana. Nikt nie chciał uchodzić za ignoranta. Jednak z czasem większość

      kontrahentów znalazła jakąś wymówkę, by zaprzestać kontaktów z kancelarią rodziców. Bali się,

      że ich nazwiska zostaną zbrukane jakimiś plotkami.

      Od tamtej pory nie widziałam się z Adrianem. Tylko raz potajemnie zakradł się nocą do

      domu, żeby spakować swoje rzeczy i zostawić klucz. W pierwszym tygodniu po „incydencie” nie

      zamieniłam z rodzicami nawet słowa i ze wszystkich sił starałam się odszukać brata bliźniaka.

      Bezskutecznie. Przepadł. Nie było go u przyjaciół. Ani w ulubionej kawiarni. Ani w muzeum

      architektury nowoczesnej, które traktował jak swój azyl. Gdziekolwiek był, nie chciał, by ktoś go

      odnalazł. Nawet ja. Nie mógł uciec daleko, bo rodzice zablokowali mu wszystkie konta. Musiał

      być gdzieś w pobliżu i to był powód, dla którego nie wyjechałam z Mayfield na Yale. Adrian

      wycofał swoje zgłoszenie na studia, choć zawsze marzył o nauce na prestiżowej uczelni, bardziej

      niż ja. Nigdy nie chciałabym spełniać tego marzenia bez brata i w dodatku zostawiać go samego.

      Chciałam tu być, gdyby zdecydował, że wraca, a nie siedzieć prawie pięć tysięcy kilometrów

      stąd. Skoro nie miał wsparcia od rodziców, potrzebował go ode mnie.

      Nigdy nie zrozumiem, dlaczego go wyrzucili, i jakaś część mnie chyba nigdy im tego nie

      wybaczy, ale w sumie nie byli złymi ludźmi. Zawsze dawali nam wszystko, czego nam było

      trzeba – ubrania, jedzenie, dach nad głową i miłość. I choć dużo pracowali, przynajmniej raz

      w tygodniu znajdowali czas na wspólny wieczór. Aż do zeszłego miesiąca. Nadal mam nadzieję,

      że będzie kiedyś tak jak dawniej i że pewnego dnia nauczą się akceptować Adriana takim, jaki

      jest. Mieli przecież mnie, a ja mogłabym być wszystkim, czym chcieli, żebym była: studentką

      prawa, adwokatką, partnerką biznesową i spadkobierczynią.

      – Nie smakuje ci kanapka?

      Z rozmyślań wyrwał mnie głos Juliana. Zamrugałam.

      – Smakuje. Dobra jest. Czemu pytasz?

      – Bo miałaś właśnie taką minę, jakby ktoś cię zmuszał do jedzenia śmieci.

      – O, sorry, to nie przez tę kanapkę. – Uśmiechnęłam się, ale czułam, że wyglądało to

      jeszcze gorzej niż parę minut temu. Kiedy myślałam o Adrianie i swojej przyszłości, miało to na

      mnie określony wpływ. Muszę zająć głowę czymś innym. W tym stanie nie mogłam wrócić do

      salonu.

      – Gdzie trzymacie szampana?

      Julian podniósł pokrywę styropianowej skrzyni. Ze środka wyleciały kłęby pary.

      Pochodziły od agregatu, który miał utrzymywać alkohol w chłodzie. Wyjął jedną butelkę

      i zręcznie otworzył ją z głośnym hukiem.

      Mimowolnie spojrzałam na jego ramiona i mięśnie ukryte pod białą koszulą. Julian nie

      był typem faceta ze studia fitness, ale widać było, że dba o siebie. Miał giętkie i szczupłe ciało.

      Zauważył moje szybkie spojrzenie, ale zamiast je odwzajemnić i przyjąć z wyniosłym

      uśmieszkiem, odwrócił się i przyniósł kieliszek. Napełnił go szampanem po brzeg i podał mi.

      – Dziękuję.

      – To moja praca.

      Ale dawanie mi kanapki, którą przyniósł dla siebie, nie należało do jego obowiązków, tak

      samo jak dotrzymywanie mi towarzystwa podczas ukrywania się przed gośćmi. Doceniałam to.

      – Weź też kieliszek dla siebie. Wzniesiemy toast.

      – Nie mogę.

      Zmarszczyłam czoło. Czyżbym pomyliła się co do jego wieku?

      – Daj spokój. Tylko jeden kieliszek. – Wyciągnęłam nogę i wyzywająco trąciłam Juliana

      palcem z polakierowanym na czerwono paznokciem. – Ja też nie powinnam jeszcze pić alkoholu.

      – Ale ja nie mówię o moim wieku, tylko o tym, że jestem teraz w pracy.

      – Pracujesz dla moich rodziców.

      – To niczego nie zmienia.

      – Proszę. – Wysunęłam dolną wargę. – Picie w pojedynkę nie jest fajne.

      Julian zawahał się, spojrzał na mnie uważnie, tak jakby się zastanawiał, czy dla mojej

      prośby warto złamać zasady.

      I dokładnie w tej chwili pożałowałam swoich słów. Nie powinien ze względu na mnie

      ryzykować utraty pracy. Moje żądanie było aroganckie i bezczelne, moja mama mogłaby tak

      zrobić, nie ja. Już miałam powiedzieć Julianowi, by zapomniał o tej prośbie, gdy westchnął,

      wziął kieliszek i napełnił go do połowy.

      – Tyle musi wystarczyć – powiedział. – Za co wzniesiemy toast?

      – Żeby ten wieczór szybko się skończył
    – odpowiedziałam, cały czas mając nadzieję, że

      mama nie wybrała właśnie tej chwili, by wejść do kuchni. – Cheers.

      – Cheers – zawtórował mi Julian i podszedł do mnie z kieliszkiem. Rękaw jego koszuli

      lekko się przy tym podwinął.

      Wydawało mi się, że zobaczyłam tam jakąś bliznę, ale materiał tak szybko wrócił na

      miejsce, że ostatecznie nie byłam pewna, czy sobie tego nie ubzdurałam. Żeby nie wydać się

      Julianowi jeszcze bardziej niewrażliwą niż przedtem, zamknęłam się i wypiłam łyk szampana.

      Musował mi w gardle, aż usłyszałam głośne brzęczenie. Instynktownie znieruchomiałam, ale to

      była tylko komórka Juliana.

      Odstawił kieliszek, wyciągnął telefon z kieszeni spodni i ze ściągniętymi brwiami

      wpatrywał się w wyświetlacz, zanim zdecydował się odebrać.

      – Hej, co jest?

      Odwrócił się do mnie plecami i odszedł parę kroków dalej, słuchając odpowiedzi

      rozmówcy.

      Wbiłam zęby w kanapkę, tak jakby żucie mogło sprawić, że nie będę podsłuchiwać

      Juliana.

      – Weź go i posadź w kuwecie.

      Zmarszczyłam czoło. Z kim on, do diabła, rozmawia?

      – Teraz nic na to nie poradzę.

      …

      Julian westchnął.

      – Cassie powinna to sprzątnąć.

      …

      – W takim razie zostaw to, dopóki nie wrócę.

      Julian zaczął układać w styropianowej skrzyni brudne kieliszki, które jakiś inny kelner

      beztrosko zostawił na blacie.

      – Dwie, trzy godziny.

      …

      Julian jęknął z frustracją i potarł nasadę nosa wierzchem dłoni, podczas gdy osoba po

      drugiej stronie słuchawki najwyraźniej mówiła dalej. W końcu opuścił rękę.

      – Dzięki, na razie.

      Rozłączył się i wsunął telefon z powrotem do kieszeni, wypychając ją. Powoli odwrócił

      się w moją stronę i podchwycił moje pytające spojrzenie, ale nic nie powiedział.

      Kiedy dotarło do mnie, że sam nie powie mi, co zaszło, zapytałam:

      – Kto to był?

      – Mój współlokator.

      – Musisz już iść? – zapytałam, zaskoczona tym, jak bardzo chciałam, żeby odpowiedź

      brzmiała „Nie”.

      Julian potrząsnął głową i na czoło spadł mu brązowy kosmyk.

      – Mój kot narobił pod łóżkiem. Mój współlokator nie chce tego sprzątać, ale też nie chce,

      żeby to tak leżało. Mam go dopiero od tygodnia.

      – Kota czy współlokatora?

      Julian się uśmiechnął.

      – Kota.

      – Jak ma na imię?

      – Laurence.

      Wzięłam jeszcze jeden kęs kanapki i resztę zostawiłam Julianowi. Nie powinien z mojego

      powodu głodować przez resztę wieczoru.

      – Zawsze chciałam mieć kota, ale rodzice się na to nie zgadzają.

      – Dlaczego?

      – Boją się, że na ich drogich meblach będzie leżeć sierść.

      – A od czego są rolki do ubrań?

      Wzruszyłam ramionami i kiedy Julian zjadał resztę kanapki, opowiedziałam mu

      o akwarium, które dostałam od rodziców, gdy miałam siedem lat. Julian za szybko zjadł kanapkę,

      nasze kieliszki też już były puste. Nie było teraz żadnego powodu, by dłużej siedzieć w kuchni,

      tylko taki, że tego chciałam. Mama na pewno wkrótce odkryje moje zniknięcie.

      Zeskoczyłam z kredensu i włożyłam buty.

      – Myślę, że czas tam wrócić – powiedziałam, ale nie ruszyłam się z miejsca.

      – Dlaczego przychodzisz na imprezę, na którą nie masz ochoty? – zapytał Julian

      i sprzątnął nasze kieliszki ze zręcznością, która pozwalała się domyślać, że zajmuje się

      kelnerowaniem już jakiś czas.

      – Bo nie mam wyboru.

      Julian pytająco uniósł brew.

      – Chcę się wyprowadzić i szukam właśnie jakiegoś mieszkania. Nie stać mnie jednak na

      wynajęcie, więc mam umowę z rodzicami, że oni zapłacą mi za to i za studia, a w zamian ja raz

      w tygodniu zjawię się u nich na kolacji i będę się pokazywać na wszystkich ważnych

      towarzyskich eventach.

      – Brzmi uczciwie.

      – Wiem. – To było bardziej niż uczciwe. Kilka godzin mojego czasu za tysiące dolarów.

      Mimo to nienawidziłam każdej spędzonej w ten sposób sekundy. – A dlaczego ty tutaj jesteś? –

      zapytałam. Julian wydawał się tak samo zniechęcony jak ja i ani na krok nie zbliżył się do salonu.

      – Czy to nie oczywiste? Zarabiam tu pieniądze. Laurence jest mały, ale kosztuje majątek.

      – Ile dostajesz?

      – Siedemdziesiąt pięć dolarów.

      – Za godzinę?

      Roześmiał się.

      – Za cały wieczór.

      – To nie za dużo.

      – Więcej niż gdzie indziej.

      – Nie wiedziałam. – Niby skąd miałam wiedzieć? W życiu nie musiałam przepracować

      nawet sekundy. Mimo to byłam pewna, że siedemdziesiąt pięć dolarów to za mało za

      obsługiwanie przez cały wieczór ludzi pokroju Gwendoline Finn. Dałam Julianowi znak, by za

      mną poszedł. – Chodź.

      – Dokąd?

      – Zobaczysz.

      Zawahał się, ale nie opierał zbyt długo. Kilka chwil później wyszedł za mną z kuchni.

      Minęliśmy salon i przeszliśmy do garderoby.

      W małym pomieszczeniu pachniało drogimi skórzanymi torebkami i wyperfumowanymi

      płaszczami gości. Odszukałam moją purpurową parkę, którą dostałam od mamy trzy miesiące

      temu na urodziny. Na wieszaku obok wisiała kopertówka, do której wepchnęłam notes.

      – Potrzymaj. – Podałam zeszyt Julianowi.

      Wziął go ode mnie. Drzwi garderoby zamknęły się za nim.

      Światło było tu słabe, w porównaniu z kuchnią pomieszczenie wydawało się niewielkie.

      Musieliśmy stać między płaszczami i kurtkami dość blisko siebie. Nie uszło mojej uwadze, że

      ładnie pachniał, jodłą i ziemią, mimo że przez cały wieczór biegał z tacami.

      – Co to jest? – zapytał.

      Podniosłam głowę i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jesteśmy podobnego wzrostu.

      Przyzwyczaiłam się, że przy moim metrze sześćdziesiąt muszę zadzierać głowę, nawet

      w czółenkach na obcasach, ale nie przy Julianie.

      Kartkował mój notes i oglądał rysunki.

      – To tylko coś, nad czym pracuję.

      – Wygląda dobrze. – Otworzył na stronie ze szkicem postaci Albtraumlady. – Czy to

      będzie komiks?

      – Może – odparłam i żeby nie musieć więcej o tym mówić, szybko sięgnęłam do

      kopertówki po portmonetkę. Uwielbiam komiksy, powieści graficzne i mangi. Dobrze znam ten

      rodzaj sztuki, ale trudno jest objaśniać ją ludziom. Moja pasja, zwłaszcza w kręgach, w jakich

      obracali się rodzice, wywoływała zwykle tylko zmęczone uśmiechy.

      Otworzyłam portmonetkę, wyjęłam kilka banknotów i podałam je Julianowi.

      – Masz.

      Podniósł głowę znad notesu i spojrzał na pieniądze. Ze zdumienia szeroko otworzył oczy.

      – To za dużo.

      – Wcale nie. – To było dwieście trzydzieści dolarów. Więcej kosztowała moja

      kopertówka.

      Potrząsnął głową.

      – Nie mogę.

      – Dlaczego nie?

      Julian otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale go ubiegłam.

      – I nie mów, że to za dużo.

      – Ja… – Julian nie zdąży�
    � dodać nic więcej, bo w tej właśnie chwili otworzyły się drzwi

      garderoby. Julian zamarł, a ja instynktownie schowałam pieniądze do torebki.

      – Michaella! – Nie było poza mamą drugiej osoby, która w jednym słowie umiałaby

      zawrzeć tak dużo oburzenia, rozczarowania i wściekłości. – Czy to jakieś żarty? Znowu? Patrzyła

      to na mnie, to na Juliana i kiedy dostrzegła, jak blisko siebie staliśmy, w jej wzroku pojawiło się

      jeszcze więcej pogardy. Nie trzeba było być jasnowidzką, by wiedzieć, co sobie myślała; scena,

      jaką przedstawialiśmy, była jednoznaczna. Sami w zamkniętej garderobie, przy przygaszonym

      świetle, z poczuciem winy na twarzach.

      – Chciałam dać mu napiwek – powiedziałam.

     


    Prev Next
Online Read Free Novel Copyright 2016 - 2026